Logowanie:
Logowanie:

Chicago Marathon – trzecia „gwiazdka” do Korony Maratonów Aleksandry Dzierzkowskiej

Abbott World Marathon Majors to cykl największych maratonów na świecie, który można nazwać "pucharem świata w maratonie". Zalicza się do nich sześć imprez: Boston, Londyn, Berlin, Chicago, Tokio i Nowy Jork, gdzie obok zawodowców rywalizuje tysiące miłośników biegania. Biegi z cyklu Abbott WMM stanowią nie lada gratkę dla kolekcjonerów maratonów. Osoby legitymujące się „sześcioma gwiazdkami” otrzymują specjalny certyfikat i wyjątkowy medal. Na imprezy z cyklu Abbott WMM nie jest łatwo się dostać. W wielu przypadkach trzeba spełnić wymagające kryteria wynikowe, żeby mieć możliwość startu. Często trzeba liczyć na szczęście w loterii. Można też próbować zapisać się przez biuro podróży, ale to wiąże się z większymi kosztami.

 

O swojej przygodzie tak napisała mieszkanka Koziegłów Aleksandra Dzierzkowska:

 

pomysł zdobycia Korony Światowych Maratonów zakiełkował w mojej głowie w zeszłym roku, po zwycięstwie w Nowym Jorku (w kategorii kobiet 55-59) z czasem 3:14:32. Miałam już za sobą dwa starty w Berlinie (w 2010 – 3:17:36 i 2013 – 3:15:45), więc nie namyślając się długo zapisałam się na najbliższy maraton z serii „majorsów” – Bank of America Chicago Marathon 2019. Mając odpowiednio dobry wynik, dość szybko otrzymałam informację o zakwalifikowaniu się. Mogłam rozpocząć przygotowania. Niestety, 5 miesięcy przed startem doznałam bolesnego urazu stopy, który wykluczył mnie z biegania na 1,5 miesiąca. Dzięki pomocy gminy Czerwonak mogłam zamienić trening biegowy na pływacki i nadal pracować nad formą na basenie Akwen w Koziegłowach. Mimo to powrót do biegania nie był łatwy, stopa jeszcze dokuczała, a czasu było coraz mniej i trzeba było ostro wziąć się do pracy. Ostatnie dwa miesiące przygotowań to pokonanych ponad 800 km i hektolitry wylanego potu. Cel był jeden – pobiec w Chicago poniżej 3 h 15’. W przeddzień wyjazdu mój organizm się zbuntował i zareagował ostrym bólem gardła. Domowe sposoby i mega dawki witaminy C na tyle pomogły, że nie rozłożyłam się na dobre. Bagaż za to powiększył się o zestaw leków.

 

Do Chicago dotarłam w środę wieczorem, po 12 h lotu z Poznania z przesiadką we Frankfurcie. Tam czekała już na mnie zaprzyjaźniona grupa biegaczy z Wrześni, która leciała z Berlina. Z lotniska odebrał nas i zawiózł do hotelu Łukasz z Wrześni. W końcu Chicago to największe skupisko Polonii na świecie. Jeszcze tylko wieczorny spacer po mieście i położyliśmy się spać. Czwartek przywitał nas słoneczną i ciepłą pogodą, idealną na zwiedzanie. Chicago, położone jest nad jeziorem Michigan w stanie Illinois i stanowi trzecie pod względem wielkości i zaludnienia miasto w Stanach Zjednoczonych. Od razu bardzo mi się spodobało, jest zadbane, o ciekawej architekturze i …można spotkać wielu biegaczy. Interesująco wygląda kolejka, którą ciężko sklasyfikować jako metro (subway), gdyż poprowadzona jest głównie na powierzchni, dodatkowo podniesiona ponad ulicę na potężnej, stalowej estakadzie. Najstarsze odcinki powstały w 1892 roku. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Wagoniki cały czas jeżdżą po estakadzie i strasznie hałasują. Spacerowaliśmy po Millennium Park, gdzie 3 dni później startowaliśmy i finiszowaliśmy w maratonie. Znajdująca się tam rzeźba Cloud Gate, zwana „fasolą”, jest najczęściej fotografowaną atrakcją w Chicago. Jest ona wykonana z wypolerowanych płyt ze stali nierdzewnej, w których odbijają się wieżowce i chmury ponad nimi. Wyglądem przypomina płynną rtęć. Niedaleko znajduje się równie ciekawa fontanna Crown. Są to dwie wideo-wieże, z tryskającą ze środkowej części wodą i wyświetlanymi twarzami mieszkańców Chicago.

Nad miastem góruje szereg wieżowców, z których najwyższy to Willis Tower (do 2009 roku znany jako Sears Tower). Ma 108 pięter, 442,3 metry wysokości i jest drugim najwyższym po One World Trade Center budynkiem w USA. Następnego dnia rano zrobiliśmy sobie krótki rozruch nad jeziorem Michigan. Pogoda, niestety, zaczęła się diametralnie zmieniać. Od ciepłego, rzęsistego deszczu po arktyczne podmuchy wiatru i gwałtowny spadek temperatury o kilkanaście stopni. Nie wróżyło to dobrze na zbliżający się maraton. Tego dnia mieliśmy w planach tylko odbiór pakietów startowych i krótką wycieczkę po Chinatown. Na Marathon Expo dotarliśmy zapewnionymi przez organizatora żółtymi szkolnymi busami. Mieściło się ono w McCormick Place - wielkim centrum wystawienniczym na południe od centrum. Tłumy ludzi, a mimo to spotkałam paru Polaków, których poznałam na maratonie nowojorskim. Czerwono-biała koszulka startowa z orzełkiem, logo gminy Czerwonak oraz moim nazwiskiem przyciągała wzrok.

 

W sobotę, dzień przed startem, udaliśmy się całą naszą grupą do Konsulatu Generalnego RP w Chicago zagłosować w wyborach parlamentarnych, a po spełnieniu obywatelskiego obowiązku na niecierpliwie oczekiwany, choć krótki, lot helikopterem nad miastem. Było warto! Choć było bardzo zimno i wiało (Chicago zwane jest Windy City – Wietrzne Miasto), to bezchmurne niebo pozwoliło na zrobienie pięknych zdjęć z lotu ptaka. Popołudnie spędziłam odpoczywając, przygotowując się do czekającego mnie nazajutrz startu. Wieczorem wcześnie położyliśmy się spać, bo następnego dnia czekała nas pobudka o 5-tej rano. Start ponad 46 tysięcy maratończyków był zaplanowany w trzech falach co pól godziny. Ja startowałam najwcześniej, o 7:30, zaraz po zawodnikach elity. Kiedy wyszłam z hotelu było jeszcze zupełnie ciemno, ale już tłumy ciepło ubranych biegaczy podążały w stronę startu. Było bardzo zimno, odczuwalna temperatura ok 0 stopni Celsjusza, wilgotność powietrza 75%.

 

Do miasteczka biegaczy można było wejść dopiero po kontroli wykrywaczem metali i sprawdzeniu zawartości wnoszonych toreb. Świetnie oznakowane alejki prowadziły do namiotów, gdzie  zostawia się odzież do przebrania po zawodach. Było już dość tłoczno, zaczynało świtać, a kolejki do toi toi pęczniały z każdą chwilą. Po odstaniu w swojej kolejce i oddaniu rzeczy do depozytu, ruszyłam na krótką rozgrzewkę, podczas której natknęłam się na kolegę Artura z Polska Running Team z NY. Ależ się ucieszyłam! Wiedziałam, że będzie startował, ale nie przypuszczałam, że uda mi się go spotkać w tym wielotysięcznym tłumie. Życzyliśmy sobie powodzenia i potruchtaliśmy do swoich stref startowych. Czekając na sygnał do startu wysłuchaliśmy hymnu USA oraz prezentacji elity biegu. Najwięcej braw dostał Mo Farah, zwycięzca z zeszłego roku, wielokrotny medalista olimpijski. Nie mogłam już się doczekać, żeby ruszyć. Parę minut po starcie najlepszych zawodników przyszedł czas na moją grupę. Pierwszy odcinek przebiegliśmy w tłumie szeroką, dwupasmową aleją Columbus Drive w Millennium Park i bardzo szybko znaleźliśmy się w tunelu. Tuż za nim przebiegliśmy mostem nad Chicago River.  Trasa maratonu jeszcze kilkukrotnie przecinała rzekę, a prowadziła przez 29 dzielnic miasta. Po drodze minęliśmy m.in. charakterystyczny neon przy teatrze Chicago oraz przebiegliśmy przez kolorową bramę w Chinatown.

 

Większość z uczestników maratonu biegła w rękawiczkach i rękawkach osłaniających przedramiona. Ja miałam koszulkę z krótkim rękawem i nie założyłam rękawiczek, licząc na to, że jak wyjdzie słońce, to będzie ciepło. I to był pierwszy błąd. Lodowaty wiatr i spora wilgotność powierza sprawiły, że do ok. 30-tego km kompletnie nie czułam dłoni i nie byłam w stanie chwycić jedną ręką kubeczka z wodą. Kolejny błąd to zbyt szybkie tempo, z jakim pobiegłam pierwszą połowę dystansu. Mimo zaległości treningowych spowodowanych kontuzją, infekcji gardła i słów trenera przed wylotem do Stanów, że nie jestem w pełni gotowa na dobry wynik, postanowiłam zaryzykować, zaatakować swój rekord życiowy i pobiec na wynik 3h 13’. Trasa w Chicago jest rewelacyjna, idealna do szybkiego biegania (o czym wszystkich przekonała tego dnia Kenijka Brigit Kosgei bijąc rekord świata czasem 2:14:04!), więc jak nie tu, to gdzie? Ale maraton nie wybacza błędów, jeśli ruszysz za szybko, zapłacisz za to w końcówce. Silne podmuchy czołowego wiatru i wariujący GPS w zegarku nie ułatwiały kontroli tempa, a 1,7 mln kibiców na całej trasie zagrzewało do walki. Jeszcze do 27-30 km biegłam na założony czas, ale później była to już tylko walka o to, żeby ukończyć z godnym wynikiem.

 

Ostatecznie dobiegłam na metę w czasie 3:17:24, co jest moim piątym rezultatem na królewskim dystansie. Nie udało mi się pobić rekordu życiowego, ale cieszę się, że spróbowałam. „Tylko ci, którzy ryzykują, że pójdą za daleko, mają szansę odkryć, jak daleko można zajść” T. S. Eliot. Na osłodę pozostaje drugie miejsce w mojej kategorii wiekowej K55-59 (na 934) i trzecie wśród Polek (na 75). Niektórzy powiedzą, że drugi to pierwszy z przegranych, ale dla mnie marzeniem było podnieść się po kontuzji i ponownie wejść na „pudło”. Okazało się więc, że mój 13-ty maraton w dniu 13. października nie był wcale pechowy.

Kolejny przystanek w drodze po Koronę Maratonów już za pół roku. 20 kwietnia 2020 wezmę udział w 124 Boston Marathon, najstarszym corocznie organizowanym biegu tego typu na świecie. Właśnie rozpoczynam przygotowania…

 

 

 

Aleksandra Dzierzkowska

 

 

« poprzedni | następny »
« wróć

Aby móc korzystać z wszystkich funkcji naszego serwisu zaloguj się lub zarejestruj. Rejestracja jest całkowicie darmowa.